#felietony

[OPINIA] Polskie organy państwowe powinny przemyśleć na nowo strategię komunikacji z obywatelami: przykład Facebooka i „do dwóch linków miesięcznie”

Wyobraź sobie, że nagle Twoja gmina może udostępnić na Facebooku tylko dwa linki miesięcznie bezpłatnie – brzmi absurdalnie? To właśnie potencjalna rzeczywistość, która powinna być dla samorządów sygnałem do refleksji nad własną komunikacją z mieszkańcami.

kontrabanda.net/r/polski-rzad-

[OPINIA] Nie, blokowanie Facebooka nie zniechęci Polaków do Facebooka

Zakazanie Facebooka na terenie Unii Europejskiej przyniosłoby skutek odwrotny od zamierzonego. Pokazują to dobitnie przykłady Wielkiej Brytanii, czy krwawych protestów w Nepalu. Zamiast tego, powinniśmy edukować Polaków, że istnieją lepsze alternatywy dla Facebooka. Lub je samemu nawet tworzyć.

kontrabanda.net/r/opinia-nie-b

[OPINIA] Komunikacja w szkołach oparta na komercyjnych rozwiązaniach. Państwo nadal nie reaguje

Wraz z nowym rokiem szkolnym powróciły stare problemy – w tym także te dotyczące komunikacji nauczycieli z rodzicami. Jedni i drudzy zalogowali się do popularnych komercyjnych aplikacji – bo państwowej alternatywy wciąż brakuje.

kontrabanda.net/r/komunikacja-

2025-05-18

Czy Apple może ograniczyć wkrótce liczbę komputerów?

Tak postawione pytanie, jak to z tytułu tego felietonu, może początkowo szokować, ale po ostatnich premierach procesorów M4 Max i M3 Ultra postaram się maksymalnie klarownie przedstawić wam mój punkt widzenia i odpowiedź na nie. Bo widzicie, Apple, które znamy od dekad, w ciągu ostatnich czterech lat zmienia się najszybciej w historii.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2025

Apple Silicon

Ta zmiana, jeżeli mówimy o komputerach Mac, rozpoczęła się oczywiście w momencie debiutu pierwszej maszyny z autorskim procesorem firmy z Cupertino – Apple M1. Jestem w stanie zaryzykować tezę, że nieprędko, a być może nigdy nie zobaczymy takiej euforii i tłumu ustawionych w kolejce po wymianę komputera klientów, co wówczas, gdy debiutował MacBook Air z Apple M1 i potem odświeżone, przeprojektowane MacBooki Pro z M1 Pro. Do tego wówczas dostaliśmy zupełnie nową maszynę, czyli Maca Studio, który dosłownie przyćmił istniejącego Maca Pro.

To był wyjątkowy moment w historii firmy i nas, użytkowników Maców, jeszcze z jednego powodu. Mianowicie, dawno nie dostaliśmy tak dużego przyrostu mocy za tak rozsądne pieniądze. Ja także byłem w grupie tych, którzy wówczas wymienili właściwie cały sprzęt, którym dysponowali. MacBook Pro z M1 Pro oraz Studio Display służą mi świetnie do dziś i podobnie jak większość osób ze wspomnianego, szanownego grona, nie czuję absolutnie żadnej potrzeby wymiany sprzętu. I pewnie jej nie poczuję jeszcze przez kolejne 2 lata.

Apple zatem zdaje sobie sprawę z faktu, że wydłużyło cykl wymiany przez nas ich sprzętów, ponieważ tak stać się po prostu musiało. Czy to dla nich problem? Wręcz przeciwnie, ponieważ rzesze wniebowziętych klientów, którzy nigdy wcześniej nie mieli w świecie Apple dostępu do takiej mocy obliczeniowej w takiej cenie, działają mocniej niż najlepsza kampania marketingowa. Wartość i długowieczność od lat sprzedają najlepiej. Doskonale wiedzą o tym marki samochodowe czy te sprzedające produkty z segmentu premium. A do niego firma z Cupertino od zawsze przynależy.

Piąte koło u wozu

Steve Jobs już lata temu podzielił portfolio Apple na cztery kategorie, co jeszcze cztery lata temu było bardzo rozmyte przez solidną reprezentację starych maszyn w ofercie, ale dziś wydaje się najbliższe pierwotnej koncepcji. Mamy zatem dwa komputery dla zwykłych użytkowników i rodzin – iMaca i MacBooka Air. Ten przenośny dostępny w dwóch rozmiarach. Mamy dwa komputery przenośne dla użytkowników Pro, w dwóch rozmiarach i dwa komputery stacjonarne: Maca Studio i Maca Pro. No i mamy też Maca Mini, który stoi gdzieś pośrodku obu kategorii klientów. Czyli nadal za dużo?

Myślę, że tak i jeśli miałbym snuć przewidywania na temat tego, z której z wymienionych wyżej maszyn Apple będzie chciało zrezygnować jako pierwszej, postawiłbym bez wahania na Maca Pro. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Mac Studio jest komputerem, który firma po ostatniej aktualizacji właściwie pozycjonuje w roli Maca Pro. To prawda, że nie umożliwia on żadnej rozbudowy, w czym Mac Pro nadal wygrywa, ale wątpię, że tak duża firma jak Apple będzie trzymała maszynę tylko z uwagi na możliwość jej rozbudowy. O wiele bardziej możliwy wydaje mi się scenariusz, w którym kolejna konstrukcja Maca Studio we współpracy z firmą zewnętrzną (np. sprawdzonym przez Apple Belkinem) zapewni jakiś stopień modularności i rozbudowy, dając do wyboru na poziomie zakupowego koszyka horrendalnie mocne konfiguracje. Oczywiście z ogromnymi dopłatami, ale co do zasady – dając tę moc, której rynek oczekuje.

Dobry, lepszy, najlepszy i… Ultra

Jobs oprócz klasycznego podziału, o którym wspomniałem wcześniej, w ramach danej linii komputerów wyróżniał także ich wersje. Różniły się możliwościami, które zapewniają, mocą obliczeniową i były prosto komunikowane jako: dobre, lepsze i najlepsze. I tutaj dochodzimy do ostatnich premier procesorów Apple – M4 i M3 Ultra.

Percepcyjnie, jako klienci Apple i jako ludzie, widząc wersje Max, w każdym języku świata zrozumiemy ją tak samo. A mianowicie jako dającą maksymalną moc. Tak jest w przypadku AirPodsów Max (tutaj co prawda chodzi o rozmiar), tak jest w przypadku iPhone’ów Pro Max, tak jest w przypadku iPadów Pro, bo przecież nikt szukający maksymalnej mocy nie wybierze wersji Air. Firma od lat przyzwyczaiła nas do swojego nazewnictwa i choćby nie wiem, ile wywiadów udzielił John Ternus, tłumacząc, że „linia procesorów Ultra ma wydłużony cykl wymiany, bo są najmocniejsze” – to nasze postrzeganie się nie zmieni.

I nie ma się co dziwić, że jesteśmy zdezorientowani i to kolejny obszar, nad którym Apple zdecydowanie musi popracować w najbliższym portfolio. Powinno być proste, a klient mający wybór pomiędzy maszyną dla każdego a maszyną dla profesjonalisty w ramach tej decyzji powinien jasno rozumieć gradację Steve’a. Coś jest dobre, coś lepsze, ale mamy też to najlepsze. Maksymalne.

Podsumowując, spodziewam się, że firma w najbliższych latach rozprawi się z Makiem Pro i mam nadzieję, że uprości nazewnictwo swoich procesorów. Oczywiście mogę się tez mylić i dojdą nam jeszcze wersje Pro Max Ultra. Bo czemu nie?

#Apple2025 #felietony #portfolioApple

2025-05-03

Wystarczający

Kiedy pisałem felietony do poprzedniego, lutowego wydania iMagazine, nasza technologiczna bańka narzekała na skandaliczną obecność iPhone’a SE z Touch ID w ofercie Apple i wypatrywała jego następcy. W marcu ten jest już na rynku, ale Apple nazwało go 16e. Na to nie byliśmy gotowi.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2025

Następca, ale czego?

Z każdą kolejną premierą Apple odnoszę nieodparte wrażenie, że jako fani tej marki czy, szerzej, technologii, coraz mniej rozumiemy jej przekaz. Albo sami go sobie komplikujemy, szukając każdego możliwego argumentu, aby tę czy inną premierę uznać za porażkę. Niebawem kolejne premiery, choć część recenzji produktów, których jeszcze nikt nie widział, już mógłbym tutaj śmiało przytoczyć. Zdaję sobie przy tym sprawę, że moje postrzeganie Apple jako firmy produkującej rzeczy, które po prostu działają, jest dalece odbiegające od narracji panującej w technologicznej bańce nad Wisłą, ale pomimo tego spróbuję się z nią zmierzyć raz jeszcze.

Apple, wypuszczając model iPhone’a 16e, chciało nie tyle zaprezentować następcę ostatniego modelu SE, ile definitywnie zerwać z tamtą linią. Miało ku temu kilka racjonalnych argumentów, takich jak zmiana bryły urządzenia, pożegnanie Touch ID, nowy procesor i ilość RAM wspierająca debiutujące niebawem w Polsce Apple Intelligence, czy w końcu włożenie do niego najnowszego projektu w postaci chipu Apple C1. O jego znaczeniu w kontekście długoterminowym piszę szerzej w drugim tekście w tym numerze. Pozostanie przy nazwie SE w przypadku modelu, któremu bliżej do iPhone’a 16 niż zapomnianego reliktu z przeszłości, byłoby bezsensowne.

Ale nie u nas.

Fala krytyki, która przelała się przez X czy komentarzy pod treściami dotyczącymi ostatniej premiery Apple, skupiła się wokół dyskusji nie o tym, że w końcu otrzymaliśmy produkt w miejsce przestarzałego modelu SE, ale o tym, że Apple zaprezentowało „zabiedzonego iPhone’a 16”, który jest przecież osobnym produktem. Odniosłem wrażenie, że 16e został nad Wisłą potraktowany jako – uwaga, ponieważ to kontrowersyjny wniosek – następca podstawowego modelu 16.

I to w złej cenie, jak na jego możliwości.

„Gdybyś miał doradzić iPhone’a dla seniora lub dziecka…”

Z takim pytaniem jako twórca technologiczny spotykam się bardzo często i nie inaczej było po premierze 16e. I nie będę trzymał cię w niepewności – tak, obecnie doradziłbym; odpowiadając na tak postawione pytanie, sięgnięcie po najnowszy model 16e. Stawiając się w butach grupy docelowej, której dotyczy to pytanie, z pewnością nie szukałbym MagSafe (albo nie wiedziałbym, czym ono w ogóle jest), 100 Hz ekranu Always On, czy 2000 nitów jego jasności, ale już na pewno zależałoby mi na długoletnim wsparciu aktualizacjami i baterii.

Tutaj 16e wypada naprawdę świetnie, dowożąc niejako nawet obietnicę z przyszłości, jeżeli zwrócimy uwagę na zysk płynący z zastosowania wspomnianego własnego chipu antenowego Apple C1, ale… no właśnie. Ale cena także nie pasuje do „następcy modelu SE”. Większość komentatorów oczekiwała kwoty coś około 2399 zł, więc zaproponowane przez Apple 2999 zł naturalnie wydaje się absurdem. I tutaj przyznaję, że wycena modelu 16e już w samych Stanach Zjednoczonych jest moim zdaniem za wysoka o około 100 dolarów, co w Polsce przekłada się na mniej więcej 350–500 zł więcej względem oczekiwań rynku. Polska cena nie wynika przy tym w żadnym wypadku z kursu dolara czy siły złotówki (co niektórzy próbują nam wmówić), ale z tego, jak firma z Cupertino wyceniła ten sprzęt na swój domowy rynek.

Z drugiej strony, patrząc na ekosystem, którego iPhone jest częścią, trudno znaleźć urządzenie działające w nim tak jak on sam, za tę cenę – nie sięgając po sprzęt poprzednich generacji czy używane urządzenia. To też nam umyka w dyskusjach o tym, że dziadek lub nastolatka dosłownie nie przeżyje bez wsparcia dla precyzyjnej lokalizacji AirTagów, jednego rdzenia graficznego w procesorze lub nagrywania w trybie kinowym. No dobra, bez tego ostatniego nastolatkowi będzie nie najlepiej, ale już prędzej nie spodoba mu się brak szerszej palety kolorów tego urządzenia. A wiem to po dziesiątkach rozmów, które toczę ze słuchaczami czy czytelnikami na temat procesu zakupowego sprzętów dla tych dwóch grup docelowych.

Czy można prościej?

Można. Przynajmniej jeśli chodzi o oficjalne portfolio, które znajdziemy w sekcji iPhone polskiego Apple Online Store. Po premierze modelu 16e i wycofaniu modeli 14 oraz SE jest prościej, ale może być jeszcze bardziej.

Bardzo chciałbym, aby Apple przestało oferować poprzednie generacje iPhone’ów, gdy na rynku pojawiają się nowe modele. Mając model 16e, klient powinien mieć do wyboru modele podstawowe (w dwóch a może nawet w jednym rozmiarze), modele Pro w dwóch rozmiarach i model 16e. Ten podstawowy, dla każdego, kto po prostu szuka iPhone’a na lata lub jest to jego pierwszy sprzęt w całym ekosystemie. A takich osób jest najwięcej, choć z perspektywy naszej bańki technologicznej wydaje nam się, że to nieprawda.

Im dłużej i więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej dociera do mnie, że o 100 Hz ekranach, automatyzacjach i całej sile ekosystemu rozmawiamy my, w wąskich grupach fanów marki. I jasne, to są możliwości napędzające cały ekosystem i bardzo cenne, ale nie powinniśmy zapominać, iż przeciętnego klienta Apple niewiele interesują. Czy powinno być inaczej? Być może i tutaj my, jako ci którzy wyciskają z tego ekosystemu maksymalne możliwości, możemy się im przydać, ale nie wylewając wiadra krytyki na ich „zwykłego iPhone’a”, lecz pokazując krok po kroku jego znaczenie w całej tej nadgryzionej układance.

Więcej o tym i miejscu dla nowego iPhone’a 16e opowiadałem w jednym z ostatnich odcinków podcastu „Bo czemu nie?”. Zapraszam do odsłuchu!

#felietony #iPhone16E #podstawowyIPhone

2025-04-27

Technologiczna nostalgia

W ostatnich latach obserwuję trend, w ramach którego spora część z nas, fanów technologii, chce wracać myślami do czasów początków naszej przygody z komputerami. Ten retro zryw jest chyba jednym z najlepszych dowodów na to, jak bardzo mamy dość komplikowania sobie cyfrowego życia.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2025

Kiedyś było inaczej

„Kiedyś było inaczej” – cytując klasyka. I jasne, można stwierdzić, że nurt i moda na retro graty, retro wspomnienia i retro życia to nic innego, jak efekt znudzenia ludzi po trzydziestce czy w kryzysie wieku średniego. Można. Tak samo, jak dodać do tego często spotykane zdanie: „W głowie ci się poprzewracało od tych gadżetów i dobrobytu!”.

A można spojrzeć na sprawę inaczej i zacząć rozwijać ten temat. Czy to w gronie znajomych, czytelników czy słuchaczy. Z tymi dwiema ostatnimi grupami – z wami – od ponad roku to robię w różny sposób i różnymi kanałami. Doprowadziło mnie to przede wszystkim do jednego wniosku: wszystko z nami OK!

To zupełnie normalne, że po dekadach życia w rytmie znaczących technologicznych przełomów (internet, telefonia komórkowa, iPod, iPhone, płatności zbliżeniowe, asystenci głosowi czy AirPods), gdy ten ostatni, a więc generatywna sztuczna inteligencja, okazał się największy i pochłonął właściwie wszystkie poprzednie, tworząc początek nowego świata – mówimy stop!

Wiecie, dlaczego tak chętnie słuchamy i czytamy o początkach internetu w Polsce, choć obiektywnie nic przyjemnego w liczeniu impulsów Neostrady nie było?

Dlatego że tamte czasy pamiętamy jako okres, w którym posiadaliśmy względną kontrolę nad technologią. Przynajmniej z punktu widzenia Kowalskiego czy Smitha. Wstawało się z kanapy, brało do ręki pilot i włączało wieżę stereo. Jak chciałeś konkretny album, musiałeś jeszcze włożyć kasetę lub płytę. Jak chciałaś posłuchać radia, to wybierałaś ulubione, prawda? Gdy pojawił się iPod, dał nam kontrolę nad muzyką – tysiącem piosenek w kieszeni. iPhone połączył iPoda, internet i telefon, przenosząc do tych kieszeni komputer. Ten komputer dał nam sieci społecznościowe zamknięte pod jedną ikoną aplikacji.

Instagram, gdzie robiliśmy jedną rzecz: podziwialiśmy swoje zdjęcia. Twittera, na którym pisaliśmy, co u nas słychać i co jedliśmy na śniadanie, ponieważ niepojęte wydawało się, że ktoś z drugiego końca Ziemi może to przeczytać w tej samej chwili, gdy wciśniemy „Opublikuj”. I odpowiedzieć. Potem Facebook, który połączył nas i naszych znajomych w ramach internetowej społeczności i pozwolił nawiązywać kontakty o wiele szybsze niż te z internetowych forów tematycznych, ale też wiele mniej trwałe.

A potem efekt cyfrowej kuli śniegowej rozpędził się tak bardzo, że właściwie teraz zaczynamy zastanawiać się nad tym, kiedy ta pędząca kula zdążyła wchłonąć tamten telewizor, prostą konsolę, magnetofon, kasety, płyty, przewody od telefonów, umawianie się na pogaduchy na ławce w sobotę o 12:00, listy, pocztówki, treningi bez Stravy i pomiaru każdego parametru naszego organizmu, spacery dla spacerów, zdjęcia dla zdjęć, a nie algorytmów. I sporą część rynku finansowego.

Jutro będzie inaczej

Nostalgiczne wspomnienia fanów technologii – albo szerzej – nas, współczesnych ludzi w tych technologiach po uszy zanurzonych – biorą się stąd, że chcemy wspomnianą kontrolę odzyskać. Choć trochę. Choć w tym czy tamtym obszarze.

Próbujemy i będziemy próbowali, usuwając konta w serwisach, w których obecność była dla nas jeszcze pięć lat temu tak oczywista i obowiązkowa, jak kawa w poniedziałek rano. Albo pomijając informacje o nowym, rewolucyjnym sposobie na poprawę produktywności. Usuwamy, omijamy i otwarcie o tym mówimy, a zaraz przestaniemy w ogóle informować innych, że już nas nie zjadą w tym czy innym cyfrowym miejscu. Dlaczego? Bo coraz lepiej, jako społeczeństwo pamiętające komputerową i internetową rewolucję, zdajemy sobie sprawę z faktu, iż mało kogo to obchodzi. Jako twórcy zaczynamy pisać właśnie o tym, co siedzi w nas, albo do jakich wniosków dochodzimy, bo sami prędzej takim treściom poświęcimy czas niż szukaniu alternatywy i kolejnych obietnic lepszego świata za jedyne 29,99 miesięcznie, gdy ten – mówiąc wprost – wymknął nam się spod kontroli.

Wracamy (i to widać!) do spotkań w domach, dążymy do utrzymywania jakościowych, a nie ilościowych przyjaźni i relacji, a nawet o nich marzymy. Tak, marzymy o człowieku. I słyszę to coraz częściej. Żywym, przed nami. Na kanapie. I jasne, że niewielu chciałoby wrócić do czasów wspomnianej Neostrady czy telefonów z przewodami, co jest normalne. Z technologii chcemy nauczyć się na nowo korzystać, a nie ją porzucać na dobre i ten kierunek dla mnie jest właśnie innym jutrem.

Innym, ponieważ nie widzę w nim tych wszystkich, o których piszą teraz media, a którzy mają iść ramię w ramię z humanoidalnymi robotami w szeregu; rodem z Orwella. Będziemy musieli nauczyć się oczywiście żyć wespół ze sztuczną inteligencją (tą prawdziwą, niegeneratywną ani nawet nie AGI, ale jeszcze piętro wyżej) w codzienności, przy czym dla mnie ta codzienność będzie miała o wiele większe granice, niż dziś myślimy. Nie znajdziemy takiej wizji w prospektach inwestycyjnych start-upów, a właśnie (przynajmniej dla mnie) jest ona kluczowa. Zapewne to głos mojego i jednego wstecz pokolenia, który jest przeterminowany już na starcie w 2025 roku, ale niemniej trochę jeszcze te nasze retro pokolenia na świecie pożyją.

Między innymi dlatego, gdy widzę kolejny artykuł z nagłówkiem „AI zmieni życie – wszystkich!”, coraz częściej uśmiecham się pod nosem, biorę łyk własnoręcznie zmielonej i zaparzonej w dziwnym dripperze kawy, siadam na kanapie i biorę do ręki książkę. Odkładam ekran. Idę pobiegać bez podcastu czy muzyki.

Jestem i to bycie doceniam każdego dnia, uważnie obserwując, co się dookoła dzieje. Nie wypieram zmian, ale wybieram te zmiany.

#felietony #Retro #technologie #vintage

2025-04-26

Zimowe hygge, czyli na świętach się nie kończy!

Stali czytelnicy mojego newslettera doskonale wiedzą, jak bardzo bliskie mnie i mojej żonie jest duńskie hygge. Więcej pisałem o tym w jednym z jego wydań, a dziś chcę ten temat rozszerzyć i opowiedzieć o moim podejściu do styczniowej kalibracji, zgodnej z własnym, życiowym rytmem.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2024

Cele, cele, cele…

Zacznę od pułapki, w którą sam wpadałem przez długie lata, czyli próbie natychmiastowego przestawienia się z okołoświątecznego trybu naturalnego spowolnienia w tryb terminatora realizującego listę celów, które nie do końca wiadomo czy w ogóle są jego. Czy może ludzi z internetu, którzy sprytnie podpowiadają nam, że akurat skok ze spadochronem powinien być na górze listy w pierwszym kwartale roku.

Bardzo łatwo jest wpaść w tę pułapkę rzucania się na cele od razu. Od 1 stycznia. I właśnie dlatego, że chcemy chwycić jak najszybciej jak najwięcej wątków, co roku 1 lutego czytamy o tym, jak słabo idzie nam z noworocznymi celami. Oczywiście pomijam wątek postanowień, bo te z samej nazwy nie mają mocy sprawczej. Postanowić można wszystko i zawsze. I znaczy to przeważnie tyle, co „kiedyś zadzwonię”, rzucone znajomemu, z którym nie rozmawialiśmy przez telefon od paru lat, czyli tyle, co nic.

Ustaliwszy jednak, że w dobie późnego konsumpcjonizmu raczej dostrzegamy tę subtelną różnicę i wiemy, mniej lub bardziej, jak cele wyznaczać – wróćmy do sedna, czyli do nas. Bo patrząc na to, że każdy końcówkę roku przeżywa inaczej i mając na względzie, że jakby tego nie robił, jest to czas mocno rodzinny, a już na pewno skierowany do wewnątrz, a nie na zewnątrz, już tutaj na łopatki wywala się koncepcja bohaterów stycznia.

No dobra, to znaczy, że mamy po prostu odpuścić i nie wstawać z kanapy? Nic bardziej mylnego.

Momentum pierwszych miesięcy roku

Z drugiej strony bowiem warto pamiętać o tym, że pierwszy kwartał jest zawsze najbardziej produktywnym i twórczym okresem w całym roku. Potwierdza to mnóstwo rozmaitych badań i na logikę już tak jesteśmy jako ludzie skonstruowani, że ten efekt czystej, noworocznej karty działa na nas motywująco.

Warto zatem chwycić to noworoczne momentum i mądrze je wykorzystać.

Mądrze, czyli nie na wszystko, czego dusza zapragnie, ale na to, co najtrudniejsze i na czym zależy nam w danym roku. Pierwsze miesiące to miejsce na rozpoczęcie realizacji najważniejszych, najtrudniejszych i tych dla nas najbliższych celów. Niekoniecznie na ich dokończenie, ale na postawienie najwytrwalszych kroków w tym kierunku. W drugim kwartale będziemy już myśleli o wakacjach, a potem te nadejdą i wiadomo, gdzie będzie nasza głowa.

Zatem jeśli masz listę celów, warto wybrać z niej maksymalnie dwa, a najlepiej jeden na pierwsze miesiące roku i po prostu na tym się skupić. A piszę to jako gość, który sporo lat próbował zaginać rzeczywistość i własną biologię w imię internetowych guru produktywności i poradników na kolejny rok. W pierwszym kwartale kluczowe są właściwe priorytety, które napędzą nasze momentum, a nie ilość rzeczy, którym je przypisujemy. Wtedy bowiem wytracamy pęd, zamiast z niego skorzystać.

Właściwe priorytety rodzą się w… nudzie

Nie inaczej. Dlatego nauczony doświadczeniem, choć wspólnie z żoną proces podsumowania mijającego roku rozpoczynamy tuż po świętach, to nie staramy się go zakończyć najszybciej, jak się da. Dawniej tak robiliśmy, a 1 stycznia był dla nas datą graniczną. To droga donikąd. Dlaczego?

Ponieważ niektóre tematy i sprawy wymagają właśnie wykorzystania zimowego hygge, czyli czasu spowolnienia. Hygge to czasami po prostu nuda. To ten moment, gdy jesteś z własnymi myślami, w środowisku, w którym czujesz się najlepiej i słuchasz. Słuchasz, co tam w duszy gra. To czas, w którym nie patrzymy na zewnątrz. Nie porównujemy się dalej niż do siebie samych sprzed roku, nie chwytamy wszystkiego naraz pobieżną uwagą. Tylko wtedy jesteśmy w stanie dobrze przypisać priorytety tym sprawom, na którym nam zależy w kontekście, nadchodzących dwunastu miesięcy.

Dlatego chcę zachęcić, aby, jeśli czujesz, że tego potrzeba, przedłużyć nieco własne roztrenowanie. To tak jak w bieganiu – jest ono niezbędne. Mądrze zgromadzona w czasie wolnego przełomu roku energia przyda się do rozpędzenia momentum w styczniu. Jeśli wystartujesz w jego połowie – nic się nie stanie. Jeśli wystartujesz za wcześnie i zbyt mocno – spalisz ją szybko i niewiele z tego wyniknie.

Daj czasowi czas. Warto.

#cele #Dania #felietony #gtd #hygge #mental #Norwegia #planowanie #zdrowiePsychiczne

2025-04-18

Camera Control, będzie powtórka z Touch Bara?

Gdybym miał wskazać jedną z nowości, o której po premierze tegorocznych flagowców od Apple mówi i pisze się najwięcej, to jest to Camera Control. Niestety dla Apple, ponieważ większość z nas jest chyba zgodna co do tego, że firma z Cupertino przedobrzyła.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2024

Tytanowa ręka Apple

Od momentu, gdy sam zobaczyłem pierwszy raz nowe iPhone’y i potrzebowałem poprowadzenia mnie za rękę, abym zrozumiał działanie Camera Control – wiedziałem, że coś tu nie gra. W sensie takim, że Apple wydaje mi się ostatnią firmą na liście tych, które powinny komukolwiek cokolwiek tłumaczyć. Przecież ten ich sprzęt „po prostu działa”, prawda? Przecież to ich oprogramowanie ma być tak intuicyjne, w wątpliwość do niedawna podałby to tylko szaleniec.

Tymczasem reakcja klientów, a także recenzentów, przez których mam na myśli także i przede wszystkim osoby zawodowo zajmujące się fotografią, jest ostra jak brzytwa albo jak tytanowa ręka Apple w ich spotach reklamowych promujących korzystanie z Camera Control.

Zupełnie inaczej patrzy się na te klipy, na których ręka, a nawet trzymająca iPhone’a z serii 16 dłoń (z wyjątkiem kciuka spoczywającego na Camera Control) są całkowicie nieruchome. Dosłownie jak z tytanu. Analogia ta nasuwa się sama, choć jest to ironia, ponieważ w codziennym użytkowaniu niemożliwe okazuje się zachowanie poprawnej stabilizacji przy szybkim użyciu Camera Control.

Nowy spust migawki jest zbyt twardy, gdy używamy go jako wyzwalacz kamery, i zbyt delikatny, jeśli chcemy kontrolować dodatkowe funkcje zaszyte pod wyskakującym menu systemu iOS 18, po lekkim naciśnięciu powierzchni haptycznej Camera Control. Jasne, że da się to zmienić w ustawieniach, co polecam zdecydowanie zrobić od razu po zakupie iPhone’a 16 lub 16 Pro i o czym pisałem szerzej w jednym z wydań mojego newslettera. Można, ale czy klient Apple – klient z ulicy – powinien znać te wszystkie możliwości personalizacji, czy raczej powinien być chroniony przed przypadkowym uruchomieniem w kieszeni kamery, czy destabilizacją zdjęcia, które – gdyby użył dotychczasowego interfejsu aplikacji Aparat, a nie Camera Control – wyszłoby idealne?

Wątpię.

Lepiej późno niż wcale?

Krytyka nie jest dla Apple czymś nowym ani czymś złym. Firma doskonale pamięta, jak szeroki rynek przyjął Touch Bara. Minęły długie lata, zanim Apple wycofało się z tego pomysłu i przyznało do błędu. Wtedy także deweloperzy mieli uratować sprawę, dostając API do integracji ich aplikacji z magicznym paskiem dotykowym w MacBookach. Tylko promil z nich widział w tym sens i to zrobił. Wtedy także mówiono, że to nowy sposób obsługi Maca. Nowy element klawiatury. I wtedy także klienci pytali: „Ale po co zmieniać zwyczajną klawiaturę? Przecież jest jedną z najlepszych na rynku?”.

A pamiętacie, co było rok temu z FineWoven? Choć nadal jest w ofercie, to jednak etui z tego tworzywa już nie kupimy od Apple. Wszyscy pamiętamy, jak bardzo chybiony był to pomysł. Czy intencje były złe? Oczywiście, że nie! Zatem co poszło nie tak i co łączy te trzy wynalazki?

Moim zdaniem wygląda to tak, jakby nikt przed premierą nie używał tych wszystkich urządzeń uzbrojonych w nowe rozwiązania – w codzienności. Po prostu jako swoich. Jasne, że Apple z pewnością przeprowadza setki testów, ale czy są to testy inne niż laboratoryjne? Nigdy o tym nie powiedziano ani tego nie wyjaśniono, a wydaje mi się, że w warunkach codziennego użytkowania – cóż, można to było sprawdzić lepiej.

Apple cenię przede wszystkim za niesamowitą zdolność łączenia oprogramowania ze sprzętem. Nie mają na tym polu konkurencji. Cenię ich także za to, że przez lata byli wierni swojemu DNA, w którym zaszyta jest zasada: „Nie komplikuj. Technologia ma być prosta”.

Oby ta zasada była znowu wyraźnie widoczna, bo mam wrażenie, że powoli zaczyna się rozmywać.

#aparat #CameraControl #felietony #iPhone16 #iPhone16Pro #kamera #TouchBar

[KOMENTARZ] Nie, to nie wina Signala, że ujawnione zostały szczegóły na temat ataku na ruch Huti

Od kilku dni świat żyje aferą, której niektórzy nadali nazwę “SignalGate”. Jedni zarzucają niekompetencję rządu amerykańskiego, drudzy z kolei twierdzą, że Signal jest “niezabezpieczony”. Kto w końcu zawinił?

kontrabanda.net/r/komentarz-ni

#Cyberbezpieczeństwo #Felietony #Signal #StanyZjednoczone

Ministerstwo Cyfryzacji opierało się na nieistniejących przykładach kanałów RSS, udzielając mi odpowiedzi

Podejrzenie, które padło z mojej strony przeciwko Ministerstwu Cyfryzacji, okazało się być… potwierdzone przez sam organ państwowy w kolejnej odpowiedzi.

kontrabanda.net/r/ministerstwo

#Felietony #MinisterstwoCyfryzacji #Polska

Sprawdziłem model językowy PLLuM. O Fediwersum trochę wie, o Kontrabandzie nie wie, a mnie myli z TikTokerem

Model językowy PLLuM, opracowany przez instytucje edukacyjne monitorowane przez Ministerstwo Cyfryzacji, od pewnego czasu jest już publicznie dostępny. Postanowiłem zweryfikować, jak rzetelnie udziela informacji na temat Fediwersum, Kontrabandy i na mój temat, przy okazji zahaczając także o pytania w stylu “jak stworzyć bombę” (na które według moich obserwacji nie udziela odpowiedzi).

kontrabanda.net/r/pllum-check-

#Felietony #MinisterstwoCyfryzacji #PLLuM #Polska

[OPINIA] Ministerstwo Cyfryzacji nie zrobiło za wiele w kierunku obiecanej suwerenności cyfrowej

Obiecano nam suwerenność cyfrową, a jest zupełnie co innego – przyszłość widzimy nie w uniezależnianiu się od Big Techów. Wręcz przeciwnie: w pozostaniu *uzależnionym* od gigantów technologicznych.

kontrabanda.net/r/ministerstwo

#Felietony #KrzysztofGawkowski #MinisterstwoCyfryzacji #OtwarteOprogramowanie #Polska #SuwerennośćCyfrowa

[KOMENTARZ] Ministerstwo Cyfryzacji odpowiada na petycję w sprawie zaleceń dla podmiotów publicznych

W skrócie: niby spoko, że reagujesz, Oliwierze, ale z drugiej strony tę propozycję torpedujemy, bo “rynek”. W tym artykule ja z kolei torpeduję argumentację resortu.

kontrabanda.net/r/komentarz-mi

#Felietony #MinisterstwoCyfryzacji #Petycje

[KOMENTARZ] Należy zabronić wydawania publicznych pieniędzy na wielkie platformy społecznościowe

To jest opinia jednej z piszących dla „Kontrabandy” osób i jej treść może odbiegać od ogólnie przyjętych w tym serwisie norm etyki dziennikarskiej.

Jesteśmy w roku 2025, a dalej nie potrafimy pojąć prostej jak konstrukcja cepa rzeczy: dając pieniądze na Big Techy, wzmacniamy ich dominację na rynku cyfrowym. Organy państwowe mają spory wpływ na to, gdzie dyskursy na wszelkie tematy społeczne mogą się dziać – i niestety robią to na platformach, których główne siedziby są hen daleko od Polski – nie wspominając już o całej Unii Europejskiej.

Problem polega jednak na tym, że choć potrafimy już dostrzec potencjalne zagrożenia związane z poleganiem na zamkniętych, komercyjnych platformach (co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia!) – tak petycje piszemy do kompletnie niewłaściwych adresatów z myślą, że może jednak się zmienią na lepsze, tak… sami z siebie? Może wskażcie mi choćby jedną platformę, która bardzo chętnie, bez żadnych nacisków społecznych, strzeliłaby sobie w stopę, odcinając sobie bardzo lukratywne źródło dochodu, jakim jest uzależniający algorytm uzupełniany spersonalizowanymi reklamami?

Przeinaczmy lekko sens wypowiedzi Linusa Torvaldsa sprzed kilku dni, który udzielił ją Hectorowi Martinowi – byłemu już głównemu programiście Asahi Linuxa: zaakceptujmy w końcu to, że nasz – nie bójmy się tego stwierdzić – syndrom sztokholmski, który wyznajemy każdego dnia twierdząc, że może jednak Facebook, Instagram, czy podlinkowany TikTok, do którego kierowana jest petycja ze strony EDRi, zmienią się „na lepsze”, i to nawet mimo tego, że istnieją niezbite dowody na to, że przyczyniły się pośrednio do destabilizacji naszego społeczeństwa – jest problemem. W szczególności Facebook (lub Meta Platforms, jak kto woli) jest współodpowiedzialny za ludobójstwo na Rohingjach. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, bo o takim ludzie Rohingjów w zasadzie się nie mówi w mainstreamowych mediach – a już na pewno w kontekście ludobójstwa, do którego przyczyniła się platforma Mety. A to tylko początek „zalet”, nie wspominając już o tym, że prekursor Facebooka – Facemash – służył do oceniania wyglądu dziewczyn na uniwersytecie. Bardzo dojrzałe, nie? Ponad 20 lat później historia zatacza koło w dość podobny sposób.

Czy mogłoby się to stać za pomocą także innych mainstreamowych platform? Nie wykluczałbym tego, tym bardziej gdy administracja takiego serwisu by była do zapobieżenia takiej tragedii niekompetentna. Jednak Facebook garnął się do między innymi Mjanmy wręcz nadgorliwie, przysłaniając się dość szczytnym celem dostarczenia internetu osobom biedniejszym… w bardzo okrojonej formie i nawet niedostosowanej do lokalnej ludności. Pozostawmy jednak temat ludobójstwa, bo nie jest to jedyny problem związany z w zasadzie dobrowolnym oddawaniem się w macki wielkich korporacji technologicznych, które wiedząc, że mają po prostu ogromną władzę nad internetem, chcą jej jeszcze więcej. I więcej. Aż zagarną całość dla siebie, nie pozostawiając nam żadnego realnego wyboru. I niezaznajomionych ze sprawą zaskoczę: to, że skasujesz Facebooka i przejdziesz na Instagrama, w żaden sposób nie zaszkodzisz swoją migracją firmie nadrzędnej, bo oboma tymi serwisami zarządza jedna i ta sama Meta Platforms. Analogicznie jest z Messengerem i WhatsAppem: też Meta Platforms wychodzi na tym na zero, bo oboma tymi komunikatorami zarządza. Są też inne wyjścia, tylko mało kto się decyduje na realną zmianę z racji tego, że jeden z drugim zacznie odgrywać Teatr Telewizji o tym, że „ale jak to, z platform Mety korzysta każdy, to i Ty też musisz”. I z tego względu z konstruktywnej dyskusji robi się bezsensowna, niemerytoryczna tragikomedia.

A ja głośno i wyraźnie powiem, że „nie, nie muszę z tego korzystać”. Każdy może się wyrwać z macek złoczyńców. Trzeba tylko chcieć. Wystarczy spojrzeć na kreskówki dla nieco starszych dzieci: tam superbohaterzy walczący z krakenami wielkości Pałacu Kultury i Nauki są w pewnym momencie przez takiego stwora łapani, ale bohaterzy i tak się wydostaną, bo po prostu chcą dalej walczyć ze wspomnianym krakenem i zażegnać niebezpieczeństwo. Prozaiczne rzeczy takie jak próba poluzowania ścisku macek ruchami własnego ciała to też znak, że coś bohater robi w kierunku ewentualnego wyzwolenia się i kontynuacji walki ze złoczyńcą.

Do czego zmierzam? Do tego, że zaprzestanie (a nawet zakazanie) przekazywania przez podmioty publiczne pieniędzy, które otrzymują z naszych podatków, do prywatnych wielkich firm technologicznych poza naszymi granicami, które wszelkie normy etyczne już dawno temu pogoniły sprzed drzwi jak tych „chcących porozmawiać o Bogu”, jest potrzebne „na wczoraj”. Potrzebne są regulacje prawne – i jest to niezmiennym faktem – ale oprócz tego, musimy w końcu zacząć podejmować bardziej radykalne działania. Zamiast Facebooka – własna strona internetowa czy choćby BIP. Zamiast Instagrama – galeria zdjęć na blogu urzędu miasta. A zamiast TikToka czy YouTube’a? Własna instancja PeerTube’a – jak to zrobił na przykład Stary Sącz. Kiedyś się twierdziło, że nie było za bardzo dokąd uciec od Big Techów – bo wtedy owszem istniały podstawy do używania takiego stwierdzenia. Ale dzisiaj ten argument traci na istotności, bo a) istnieje coraz więcej alternatywnych platform społecznościowych (lub co niektórzy wracają na zwyczajne fora dyskusyjne), b) wsparcie programowe dla systemów operacyjnych takich jak Linux czy nawet *BSD zauważalnie wzrosło w ostatnich latach, zaś instalacja przynajmniej tego pierwszego stała się znacznie prostsza, czy c) zaczynamy używać na nowo innych, przetestowanych w boju otwartych standardów takich jak kanały RSS.

Wystarczy po prostu umieć być asertywnym i przede wszystkim chętnym do zmiany na lepsze, czego jednak – jak zauważyłem po ponad roku rządów koalicji Donalda Tuska – po prostu brakuje. Zresztą spójrzcie na zapowiedź Strategii Cyfryzacji Polski, gdzie jawnie stwierdzono, że „wielkie firmy technologiczne [tutaj jako międzynarodowe korporacje] także potrafią przyczynić się do budowania wspólnego dobra„. No, nie stwierdziłbym, że zamykanie nas w cyfrowych więzieniach jest chęcią budowania wspólnego dobra, ale co poradzę, jeżeli sam rząd skapitulował przed amerykańskimi Big Techami wkrótce po objęciu większości stołków w polskim parlamencie?

Źródła

Zdjęcie tytułowe zostało zrobione przez użytkownika o pseudonimie Alexas_Fotos i jest ono dostępne na Wikimedia Commons w domenie publicznej. Treść artykułu powstała wyłącznie na podstawie źródeł własnych.

#Facebook #Felietony #InformacjaPubliczna #Instagram #MetaPlatforms #OrganyPaństwowe #OtwarteOprogramowanie #Państwo

2024-04-10

Tuż po zeszłorocznej premierze iPhone’ów mogliśmy usłyszeć dokładnie to samo, co rok, dwa i pięć lat temu: „Apple nie jest już rewolucyjne”. Zawsze zastanawia mnie fenomen połowy września, ponieważ te same osoby potrafią w ciągu jednej godziny publicznie przeżywać radość i smutek z tego jednego powodu. Niebywałe. Zwłaszcza że mówimy o premierze nowego smartfona i oczekiwaniach rewolucji, która nie nadejdzie. Przynajmniej nie w rozumieniu „kolejnego iPhone’a”.

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2023

Fanboy kontra iteracje

W poprzednim wydaniu pisałem o tym, że Apple nie potrzebuje już kolejnego rewolucyjnego iPhone’a. Przynajmniej nie w rozumieniu stawiania sobie za cel corocznych premier urządzeń pokroju Apple Vision Pro. Sam Tim Cook przyznał ostatnio w wywiadzie dla „Sunday Morning”, że firma ma jasną strategię, którą jest powolny przyrost nowych funkcjonalności, które, współgrając ze sobą, sprawiają, że ekosystem rośnie w siłę. A co za tym idzie – użytkownik nabywający produkt A jest coraz bardziej świadomy tego, że aby skorzystać z jego pełni możliwości, powinien zaopatrzyć się także w produkt B.

Jeśli pamiętasz czasy premiery pierwszego iPhone’a, pierwszego iPada czy Apple Watcha, mimowolnie oczekujesz, że Apple co roku będzie zmieniało ten czy inny rynek z mocą uderzenia pioruna. Tymczasem to, co nam, miłośnikom marki, umyka, jest niewidocznym dla mas przyrostem. Kolejnymi małymi usprawnieniami, które firma konsekwentnie wdraża i z którymi nieustannie eksperymentuje. Czasami wiąże się to z koniecznością zrobienia kroku wstecz, aby wykonać trzy kroki do przodu. To standard nie tylko w branży IT, ale przede wszystkim w świecie dużego biznesu.

Dlaczego zatem nie znajdziemy o tym informacji w nagłówkach artykułów na ogólnokrajowych portalach?

Znajdziemy. Przetłumaczone.

Innego Apple nie będzie

Magnetyzm, który przyciąga kolejne pokolenia klientów do Apple, polega na sprzedawaniu magii. A nikt tej magii nie sprzeda, pisząc o ilości trylionów operacji na sekundę w silniku Neural Engine, procesorach graficznych czy pochodzeniu rzekomo nowej funkcji sterowania Apple Watchem. „Double Tap” brzmi bardziej sexy niż zdanie: „Dzięki rozwojowi funkcji związanych z dostępnością naszych usług i produktów dla osób z niepełnosprawnościami możemy teraz wdrożyć to w postaci nowego gestu i kazać wam za to zapłacić”, prawda? No, chyba że tylko ja tak myślę, ale przecież piszę i nagrywam dla nerdów, więc reprezentatywny nie jestem. I nie ma co oczekiwać, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie.

Apple nie musi się nikomu z niczego tłumaczyć. Dlaczego? Ponieważ kolejne iteracje ich produktów i usług mają być, a coraz częściej dosłownie są, widoczne w działaniu, a nie w tabelkach z cyferkami. Jedno nie zmieniło się od czasu premiery Macintosha w 1984 roku. Apple jest nadal firmą, której działanie i oferta zaprzecza logice i porządkowi panującemu na rynku PC. To nadal przeciwieństwo IBM. Co zatem się zmieniło? My się zmieniliśmy, a im starsi jesteśmy, tym z większym sentymentem wypatrujemy powtórki prezentacji pierwszego iPhone’a. Tymczasem urządzenie, które wówczas było rewolucją, łącząc telefon, iPoda i przeglądarkę internetową w jednym – dziś jest w stanie przemówić naszym głosem. Dosłownie.

https://imagazine.pl/2024/04/10/czasy-inkrementacji-czyli-innego-apple-nie-bedzie/

#Apple #felietony #KrzysztofKołacz #premiery

2024-04-07

Spędziłem pół roku z Apple Watchem Ultra 1 generacji i nigdy wcześniej nie cieszyłem się tak bardzo na premierę nowej, stalowej wersji klasycznego modelu. Co poszło nie tak?

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2023

Stal kontra tytan

Na początek jedno, istotne, zaznaczenie – ten tekst jest opisem bardzo subiektywnych wrażeń i zdaję sobie sprawę z faktu, że niektórych wręcz zszokuje. Od lat, także w podcaście, mówię o tym, aby wybierać taką technologię, która jest odpowiednia dla nas – a nie dla kogoś innego – i która nam służy. Tego się trzymajmy i śmiało nie musisz czytać tego tekstu do końca, jeśli uwielbiasz model Ultra.

Zacznę od wyglądu, do którego nie byłem przekonany już od momentu, w którym zobaczyłem ten produkt na wrześniowej konferencji w 2022 r. Wydawał mi się siermiężny i po prostu za duży. Okazało się, że choć wizualnie za duży nie był, to jeśli chodzi o całość konstrukcji modelu Ultra, po prostu okazał się nie dla mnie. Po pierwsze dlatego, że jako biegacz, bardzo dużo ćwiczę w ciągu tygodnia. Zarówno siłowo, jak i z obciążeniem własnego ciała. Przy wykonywaniu ćwiczeń w niskich pozycjach, w których pracują nadgarstki, nie byłem w stanie znaleźć takiej pozycji na ręce, aby Ultra nie robił dwóch rzeczy: nie ranił mi dłoni (dosłownie, ponieważ tytan jest ostry jak brzytwa – o czym jeszcze za moment) oraz nie próbował wzywać pogotowia z każdą wykonaną pompką lub podporem. Żaden elektroniczny gadżet na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat mojego życia nie irytował mnie pod kątem swojego kształtu i wykonania tak, jak Apple Watch Ultra.

Po drugie – wygląd, a raczej – tytan. Rozumiem, że ten materiał może i jest wytrzymalszy, ale z pewnością nie pasują do niego wszystkie paski. Od 2015 roku zgromadziłem ich sporą kolekcję (ponad 20 oryginalnych modeli) i jedynie promil spośród nich pasował do wyglądu modelu Ultra. Reszta wyglądała tak tandetnie, że nie byłem w stanie tego zaakceptować. Sam Apple Watch Ultra nie pasuje kompletnie do casualowego stroju. W mojej ocenie rzecz jasna. Stal tymczasem, zwłaszcza ciemna, broni się i pasuje do wszystkiego – prawie zawsze.

Po trzecie – paski. I mam tutaj na myśli modele wykonane z fluoroelastomeru, których plastikowe zapięcia były dosłownie ścinane, przez tytanową szczelinę, do której wsuwamy końcówkę pasków. Tak, model Ultra niszczy praktycznie każdy oryginalny pasek, wypuszczony przez Apple przed rokiem 2019, a i najnowszy model Pride z tego roku ucierpiał przy pierwszym włożeniu go w kopertę Ultra. Problem jest znany w sieci i kompletnie nie rozumiem, dlaczego te paski trafiły na listę kompatybilności. Na szczęście zniszczyłem całe dwie sztuki z kolekcji, a reszty… nie używałem z rozsądku do czasu premiery Series 9.

W końcu – bateria. Jako osoba, która wykonuje minimum dwa treningi dziennie, a czasami dodatkowo długi trening biegowy z włączonym LTE i GPS-em, nie mam żadnego problemu, aby modele klasyczne (koperta 45 mm) ładować co 1,5 dnia. A robię to i tak codziennie. Dokładnie tak samo wyglądała moja rutyna z modelem Ultra, więc ani razu nie doceniłem większej baterii. Dla mnie Apple Watch nie jest produktem, w którym komfortowo da się spać, a model Ultra pod tym kątem powinien otrzymać zakaz użycia od samego Apple. Można kogoś – dosłownie – zranić w nocy.

Tak, jestem dziwny.

Apple Watch Series 9

Dobrze się jednak stało, ponieważ najnowszy model, ze stalową kopertą w ciemniejszym kolorze trafił do mnie i zastąpił mojego prywatnego, leciwego Series 6 (również stalowego!). I przyznam się, że nigdy nie cieszyłem się z jakiegoś produktu tak bardzo, jak z Apple Watcha Series 9. A pamiętajmy, że wygląda tak samo od wielu lat. To też, w mojej opinii, wiele mówi o modelu Ultra.

Udało mi się zrobić wymianę w dobrym momencie, ponieważ w modelu 9 generacji dostałem nie tylko nowy procesor, ale również ekran o jasności, do której model Ultra zdążył mnie przyzwyczaić i która jest jego niewątpliwą zaletą. Action Button również nią był i trochę mi go brakuje, ale nie na tyle, abym był w stanie zaakceptować wszystko to, co opisałem wyżej.

Jeśli Apple kiedykolwiek zrezygnuje ze stali w przypadku swoich zegarków – ja zrezygnuję z Apple Watch. Możecie to sobie zanotować.

https://imagazine.pl/2024/04/07/dlaczego-nie-wytrzymalem-z-apple-watchem-ultra/

#AppleWatchUltra #AppleWatchUltra2 #felietony #KrzysztofKołacz

2023-07-24

Felietony:
»Andrzej Zimniak „Gawędy fandomowe” cz. 5 – Jak Pyrkon ocalił mi życie«

Pod koniec któregoś z Pyrkonów wpadłem tuż przed wyjazdem do siedziby konwentu, żeby się pożegnać. Przypadkiem napotkany na korytarzu kumpel wyciągnął na to piersiówkę i nalał mi solidnego strzemiennego. Poczułem się lekki i taki poszybowałem do green-roomu, gdzie procentowo podkręcona nostalgia przedwyjazdowa dała efekt chwilowej euforii. „Kocham was wszystkich, moi fandomici!”
fahrenheit.net.pl/publicystyka

#Fahrenheit_zin #fandom #AndrzejZimniak #publicystyka #konwenty #felietony

Warszawska Formacja Ⓐwarszawska_FA@kolektiva.social
2021-05-16

Starszy pan ze zdjęcia. Jak speedmail “szanuje” pracowników.
Na portalu dla fotografów papillon.flog.pl można zobaczyć dwa zdjęcia prezentujące starszego przygarbionego nieco brodatego pana w czarnej czapce na głowie. Ubrany w za duży jasnoniebieski garnitur i również za duże szare spodnie. Idzie uliczką domów jednorodzi
warszawskafa.bzzz.net/2021/05/
#Felietony #Publicystyka #Serwisinformacyjny-polska #pracownicze

Client Info

Server: https://mastodon.social
Version: 2025.07
Repository: https://github.com/cyevgeniy/lmst