AI bez lukru #4: AI odrabia lekcje, nauczyciele łapią się za głowę https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-4-ai-odrabia-lekcje-nauczyciele-lapia-sie-za-glowe/ #Aktualnoci #Teksty #Ai #Bezlukru #Felieton #Poznajai #Szkolenie
AI bez lukru #4: AI odrabia lekcje, nauczyciele łapią się za głowę https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-4-ai-odrabia-lekcje-nauczyciele-lapia-sie-za-glowe/ #Aktualnoci #Teksty #Ai #Bezlukru #Felieton #Poznajai #Szkolenie
AI bez lukru #4: AI odrabia lekcje, nauczyciele łapią się za głowę
Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o „rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...
#Aktualności #Teksty #Ai #BezLukru #Felieton #PoznajAi #Szkolenie
https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-4-ai-odrabia-lekcje-nauczyciele-lapia-sie-za-glowe/
AI bez lukru #3: Zaklinacz LLM – nowy zawód XXI wieku czy korporacyjny mem? https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-3-zaklinacz-llm-nowy-zawod-xxi-wieku-czy-korporacyjny-mem/ #Aktualnoci #Teksty #Ai #Bezlukru #Felieton #Poznajai #Szkolenie
AI bez lukru #3: Zaklinacz LLM – nowy zawód XXI wieku czy korporacyjny mem?
Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o „rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...
#Aktualności #Teksty #Ai #BezLukru #Felieton #PoznajAi #Szkolenie
https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-3-zaklinacz-llm-nowy-zawod-xxi-wieku-czy-korporacyjny-mem/
AI bez lukru #1: Jak pisać beznadziejne prompty, by nawet AI miało Cię dość https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-1-jak-pisac-beznadziejne-prompty-by-nawet-ai-mialo-cie-dosc/ #Aktualnoci #Teksty #Ai #Bezlukru #Felieton #Narzdziownikai #Poznajai
AI bez lukru #1: Jak pisać beznadziejne prompty, by nawet AI miało Cię dość
Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o „rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...
#Aktualności #Teksty #Ai #BezLukru #Felieton #NarzędziownikAi #PoznajAi
https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-1-jak-pisac-beznadziejne-prompty-by-nawet-ai-mialo-cie-dosc/
Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]
Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.
Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.
Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):
„ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”
Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.
Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.
Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary
Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.
To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.
Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny
Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).
A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.
My jesteśmy w fazie szoku.
Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.
„Ale przecież UE nad tym pracuje…”
Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…
Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!
Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.
Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.
Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.
Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”
Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.
Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów
Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.
Zostaje:
Znika:
Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.
Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)
Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?
Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.
Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.
Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)
Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.
Czas na decyzję
To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.
Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.
#algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg#TygodnikPowszechny po raz milionowy z RiGCZem - co prawda tekst za #paywall.em, ale mozna posluchac wersji audio: https://www.tygodnikpowszechny.pl/twoja-samotnosc-ich-najlepiej-sprzedajacy-sie-produkt-191421
KLUCZOWE GODZINY – jak zmienić świat 2 godziny dziennie
Jako właściciel firmy, menedżer, lider zespołu czy profesjonalista w swojej dziedzinie masz mnóstwo pracy i dzięki temu świetnie spisujesz się w swej roli. Radzisz sobie tak dobrze, że nie możesz znaleźć ani krzty wolnego czasu. Jest to coraz bardziej frustrujące, ponieważ oprócz zarządzania, delegowania i prowadzenia zespołu potrzebujesz także trochę czasu na pracę w skupieniu.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2025
Za każdym razem, gdy potrzebujesz przestrzeni na kreatywność, aby wreszcie rozwinąć nowy pomysł w natłoku obowiązków nie możesz wygospodarować nawet godziny. Mierzyłem się z podobnym problemem jako szef Nozbe. Ale skoro jestem maniakiem produktywności, przestudiowałem wiele książek o zarządzaniu czasem, próbując znaleźć rozwiązanie… i myślę, że je mam: KLUCZOWE GODZINY. Jeśli też potrzebujesz pomocy w znalezieniu czasu na strategiczną i twórczą pracę, zobacz, jak to robię:
KLUCZOWE GODZINY w jednym zdaniu
KLUCZOWE GODZINY to zablokowanie 2 godzin zawsze o tej samej porze dnia – od poniedziałku do czwartku, aby pracować nad jednym pomysłem lub koncepcją tygodniowo.
To wszystko. To jest ta magia. 1 nowy pomysł. 2 godziny dziennie. 4 dni w tygodniu. Ta sama pora dnia. Zablokowane w kalendarzu tak, by nikt ani nic ci nie przeszkodziło. Zapewniasz sobie w ten sposób 8 godzin tygodniowo na pracę w skupieniu nad istotnymi pomysłami. Wiem, brzmi banalnie, ale obiecuję, że to zmieni twoje życie.
Od kiedy wdrożyłem KLUCZOWE GODZINY, doświadczam najbardziej produktywnych tygodni w życiu. Udoskonalam ten koncept od 6 lat i wszystkie jego elementy są przemyślane oraz sprawiają, że ten system jest skuteczny. Zatem po kolei:
1 pomysł na tydzień
Dlaczego tylko 1 pomysł na tydzień? Ponieważ pomysły potrzebują czasu i twórczego myślenia. Pracując nad pomysłem zbyt szybko, nigdy nie poznasz go naprawdę głęboko, nie zrozumiesz go i nie przeanalizujesz konsekwencji jego wdrożenia. Dlatego wybieram tylko 1 pomysł tygodniowo. W każdy piątek podczas cotygodniowego przeglądu patrzę na projekt KLUCZOWE GODZINY ze wszystkimi wypisanymi pomysłami i wybieram ten, który najbardziej mnie ekscytuje lub jest najistoniejszy dla mojego biznesu. Wpisuję go na sesję KLUCZOWYCH GODZIN na kolejny tydzień.
Wybierając pomysł, często zadaję sobie pytanie z książki „Jedna rzecz”: „Jaką jedną rzecz mogę zrobić dzisiaj, ale taką, że gdy będzie zrobiona, wszystko inne stanie się prostsze albo nieistotne?”.
2 godziny pracy w skupieniu dziennie
W ciągu 18 lat prowadzenia Nozbe przeczytałem dziesiątki książek o produktywności i przetestowałem niezliczone pomysły na optymalizownaie pracy. Ciągle przekonywałem się, że w praktyce najlepiej sprawdza sie zasada 2 godzin.
Oznacza to, że, aby pracować nad czymś wymagającym głębokiego myślenia, musiałem zablokować 2 godziny, które mogłem spędzić w nieprzerwanym skupieniu. 120 minut później miałem albo rozwiązany problem albo sprawę przeanalizowaną na tyle, by można ją było dalej rozwijać.
Dlaczego 2 godziny? Odkryłem kilka powodów:
Dlatego dwugodzinny blok czasowy to mój najskuteczniejszy sposób na pracę kreatywną.
Od poniedziałku do czwartku – 2 godziny dziennie… o tej samej porze
Kluczem do ułatwienia sobie działania jest ograniczenie liczby decyzji do minimum. Już postanowiłem, że będę pracował nad jednym pomysłem tygodniowo, 2 godziny dziennie i będzie się to działo 4 dni z rzędu, od poniedziałku do czwartku. Teraz najtrudniejsze – staram się też z góry zdecydować, by pracować o tej samej porze dnia.
Tak jest – okazało się, że najskuteczniejszy jestem, gdy 2-godzinny blok przypada zawsze o tej samej porze dnia. Odkryłem, że po porannych spotkaniach między godziną 9:00 a 11:00 jestem gotów zmierzyć się z najtrudniejszymi zadaniami, więc blokuję kolejny przedział: 11:00–13:00, by pracować nad pomysłem z KLUCZOWYCH GODZIN.
O 11:00 w telefonie ustawiam tryb „nie przeszkadzać”, w gabinecie zapala się automatycznie inteligentna żarówka i to sygnał, by podjąć mój pomysł z KLUCZOWYCH GODZIN, przeanalizować, gdzie skończyłem temat poprzedniego dnia i pracować dalej. Aby to działało, muszę być konsekwentny i nie umawiać na ten czas żadnych spotkań.
Po zakończeniu dwugodzinnego bloku piszę sprawozdanie z tego, co osiągnąłem, i pozwalam umysłowi „zrobić swoje”. Podświadomie nadal analizuję problem, ale nie myślę o nim aktywnie, „przesypiam się z tematem”.
Bardzo często, wracając następnego dnia do pracy nad pomysłem, mam świeże spojrzenie i kolejne wnioski co do tego, jak go rozwiązać. Ta doba przerwy jest celowa i daje nową energię, by wrócić do problemu z innej perspektywy.
Dlatego właśnie celem KLUCZOWYCH GODZIN nie jest praca nad pomysłem przez 8 godzin ciurkiem, bo byłoby to wyczerpujące i nie dałoby oczekiwanych efektów. Chodzi o 8 godzin w tygodniu – ale tylko 2 godziny dziennie, by skończyć temat we czwartek.
W piątek przeglądam pracę i decyduję, co dalej
W mojej firmie piątek to wyjątkowy dzień – nie pracujemy wtedy nad codziennymi zadaniami. Robimy „przegląd tygodnia”, czyli sprawdzamy wszystkie zadania, projekty i kalendarz z minionego tygodnia oraz planujemy kolejny. Potem ten dzień przeznaczamy na rozwój zawodowy. Pisałem o tym – w Nozbe nazywamy ten dzień „Piąteczkiem”.
W koncepcji KLUCZOWYCH GODZIN piątek to też czas na przejrzenie tego, co zrobiłem przez poprzednie 4 dni w blokach pracy głębokiej. Jeśli pomysł jest rozwinięty, spisuję wszystko i deleguję komuś z zespołu, lub trafia on na listę rzeczy do wdrożenia w przyszłości. Jeśli nie jest gotowy, decyduję, czy chcę nadal nad nim pracować w kolejnym tygodniu, czy wracam do niego później, a na tapet biorę nowy temat.
Każdy piątek to nowa decyzja. Czasem chcę kontynuować ten sam wątek, ale zazwyczaj wolę zmienić temat dla odmiany. Tak czy inaczej, ważne jest notowanie wniosków po każdym tygodniu. Spisuję, co odkryłem, co zacząłem, co skończyłem, czego jeszcze nie wiem. Dzięki temu, gdy wrócę do tego pomysłu, będę mógł łatwo się wdrożyć i działać dalej.
KLUCZOWE GODZINY to praca nad 1 pomysłem przez 2 godziny dziennie, żeby zmieniać świat!
Zachęcam cię do wypróbowania pomysłu KLUCZOWYCH GODZIN. Zaplanuj dwugodzinny blok na przyszły tydzień od poniedziałku do czwartku i poświęć go jednej idei. Przekonasz się, jak wielki postęp zrobisz i ile satysfakcji daje taka praca. Bez przerywania, bez rozpraszaczy… tylko głęboka praca w skupieniu.
Jeśli ostatnio brakowało ci czasu na najbardziej kreatywne pomysły, daj koncepcji KLUCZOWYCH GODZIN szansę i napisz mi, jak ci poszło. Chętnie usłyszę o twoich sukcesach i razem je uczcimy!
PS Jakie książki zainspirowały mnie do stworzenia techniki KLUCZOWYCH GODZIN?
KLUCZOWE GODZINY to koncepcja będąca mieszanką pomysłów z kilku książek i autorów, zwłaszcza:
#felieton #gtd #kluczoweGodziny #productivity #produktywnosc
Dla każdego coś dobrego
To dość znamienny moment w historii Apple, a ja postaram się wyjaśnić, dlaczego zmiana strategii pozycjonowania iPhone’ów w tym roku zamyka wiele toksycznych dyskusji.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 10/2025
Trzy filary
Jestem przekonany, że iPhone 17 okaże się hitem sprzedażowym tej jesieni, o czym szerzej pisałem w drugim felietonie. Dlaczego nie nowy model Air ani modele Pro? Ponieważ tam nowości są adekwatne do ceny, a urządzenia te mają wąskie grupy docelowe, które Apple niezwykle precyzyjnie określiło nie tylko w swoim przekazie marketingowym, ale nawet wprost ze sceny konferencji, na której te telefony pokazano. W wywiadach z udziałem członków zarządu firmy ta retoryka także znalazła swoje potwierdzenie, więc wygląda na to, że to element strategii firmy. Czy wymierzonej w długi horyzont? Do tego przejdę później.
Zaczynając zatem od najbardziej błyszczącej premiery tej jesieni, czyli iPhone’a Air – model ten kupią najwięksi fani marki i osoby, którym zależy na tym, aby wyróżniać się z tłumu. Aby było widać na ulicy, że mają nowego iPhone’a i aby ten smartfon wyglądał jak milion dolarów. Nigdy do tej grupy nie należałem, ale patrząc na to, jak skrajnie tegoroczne modele różnią się względem siebie pod względem wyglądu i ich stylistyki, już na tej – czysto percepcyjnej – warstwie, klient widzi różnice. Cytując wiceprezesa Apple: „Osoby, które chcą manifestować status najładniejszym designem, jaki zrobiliśmy”, sięgnęły po ten model.
Modele Pro to urządzenia dla fotografów i filmowców, co firma wprost w tym roku powiedziała ze sceny, a potem powtórzyła dziesiątki razy w licznych wypowiedziach dla mediów. Bez wodolejstwa. Też po raz pierwszy w historii ich marketingowej narracji. I taka zmiana mi odpowiada, jednocześnie ucinając dyskusję o tym, czy iPhone’a Pro warto kupować do wysyłania poczty i przeglądania X? Choć zdaję sobie sprawę, że każdy sam decyduje swoim portfelem i zapewne nadal dla wielu klientów wyznacznikiem wspomnianego będzie dopisek Pro i brak kompromisów.
Dla mnie, także jako twórcy technologicznego, to moment, w którym nie trzeba już gimnastykować się w tłumaczeniu odbiorcom i znajomym, że podstawowy iPhone jest wystarczający – jednocześnie mając w głowie kwotę, jaką przyjdzie im za niego zapłacić i kompromisy, które jednak do niej nie przystoją. Do tej pory choćby ekran, który w cenie 3999 zł nie przystawał do rynkowych realiów 2025 roku, stanowił wyraźną rysę w kontekście jego rekomendacji. Nadeszły czasy, gdy dla (zaryzykuję tę tezę) 90% zainteresowanych klientów Apple, iPhone to po prostu iPhone. To wystarczy i to na długie lata. Podstawowy model 17 jest pozycjonowany jako najlepszy i dający najwięcej w niezmienionej cenie model wyjściowy w portfolio firmy. I trudno się z tym nie zgodzić.
– A gdzie jest zatem iPhone 16e, którego Apple pokazało wiosną tego roku?
W korporacjach, jako bezpieczny i modny telefon służbowy oraz w rękach najmłodszych klientów firmy i osób starszych. To jego nisza i myślę, że kolejne modele z tej serii będą takie pozycjonowanie powielać.
Czy istnieje wyjście ewakuacyjne?
Takie pytanie zadaje sobie wielu analityków, którzy słusznie zauważają, że jeśli iPhone 17 będzie (a ma na to sporą szansę) najlepiej sprzedającymi się telefonami w historii firmy, Apple będzie miało nowy problem, który samo sobie stworzyło. Nie zgodzę się z tą narracją, ponieważ firma po takim ruchu, jaki wykonała tej jesieni, po prostu nie ma wizerunkowego wyjścia ewakuacyjnego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie za rok, że podstawowy iPhone nagle ma 50% funkcji z pozostałych modeli. Dlaczego?
Ponieważ rynek ich odbiorców ulegnie sporemu nasyceniu prawdopodobnie tej jesieni, a nowi klienci będą chcieli mieć nie gorszy wybór niż obecnie. Apple doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Analogiczna sytuacja miała miejsce w segmencie ich komputerów Mac, które po debiucie pierwszych, autorskich procesorów z serii Apple Silicon (Apple M1), przekonały do siebie rekordową liczbę klientów (MacBook Air z Apple M1 do dziś sprzedaje się u resellerów świetnie). Osobiście korzystam z MacBooka Pro z Apple M1 Pro, kupionego tuż po premierze i nie widzę potrzeby jego wymiany przez kolejne trzy lata. Takich osób jak ja znam całą masę. Czy to dla Apple problem? Nie. Zadowolony klient nigdy nie jest dla firmy problemem, bo jeśli nie kupi tego samego produktu, przyjdzie po inny. Tak działa marketing, a akurat w Apple siedzi sporo mistrzowskich strategów upsellingu i cross-sellingu.
Podsumowując, jestem zwolennikiem obecnej strategii produktowej firmy z Cupertino i spodziewam się, że ta będzie kontynuowana. Jednocześnie przypominam prostą zasadę, która brzmi: Jeśli coś jest dla ciebie wystarczające i działa – nie potrzebujesz wymieniać tej technologii na nową.
Więcej o tym znajdziesz w moim nowym e-booku.
Felietony:
»Adam Cebula „Demagog”«
Stopień niezrozumienia działania Internetu jest tak średnio w społeczeństwie podobny do nierozumienia grawitacji. To znaczy, chyba, nikt nic... Jednakże nie uciekamy z krzykiem, gdy ktoś zapyta o ludzi w Australii. Złośliwie zaczepiłem studentów: czemu obraz z kamerki internetowej z Sydney nie jest obrócony na naszym monitorze, przecież kamerka jest względem niego do góry nogami?! Dziarsko odpowiedzieli, że to programowo wyprostowane...
https://www.fahrenheit.net.pl/publicystyka/felietony/demagog/
#Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #demagog #internet #sieć
„To byłaby zdrada”. Dr Milagros Miceli, światowa ekspertka od AI ujawnia, dlaczego nie korzysta z ChatGPT
W czasach, gdy firmy prześcigają się w implementacji sztucznej inteligencji, głos jednej z czołowych badaczek w tej dziedzinie brzmi jak mocne ostrzeżenie. Jej wypowiedzi zmusiły mnie do głębszego zastanowienia. Chcę je wam przekazać, bo może i was zmuszą do pewnej refleksji.
Dr Milagros Miceli, socjolożka i informatyczka specjalizująca się w AI, jedna ze 100 najbardziej wpływowych osób świata w branży AI w 2025 roku według magazynu TIME, przyznała w niedawnym wywiadzie dla „National Geographic”, że świadomie nie używa ChatGPT. Co bardziej istotne, powody jej bojkotu nie są techniczne, lecz znacznie poważniejsze: etyczne i osobiste.
„Nie, nie używam go. To trochę jak moja świadoma konsumpcja” – stwierdziła dr Miceli. Wyjaśniła, że jej decyzja wynika z bliskiej współpracy z ludźmi, którzy byli zatrudnieni przy trenowaniu modeli OpenAI. „To zniszczyło im życie, a OpenAI nigdy im tego nie zrekompensowało. Więc kiedy blisko pracujesz z tymi ludźmi lub są oni twoimi przyjaciółmi, czujesz się, jakby to (używanie ChatGPT – dop. red.) była zdrada” – dodała.
Dr Miceli, która prowadzi badania m.in. w Instytucie Weizenbauma w Berlinie oraz w Distributed AI Research (DAIR) Institute, wskazuje na ukrywany przez gigantów branży koszt ludzki rewolucji AI. Podkreśla, że firmy technologiczne chętnie chwalą się „w pełni autonomiczną AI”, jednocześnie minimalizując jej ludzki wpływ.
Jako przykład podała kasy samoobsługowe Amazona, które wcale nie wyeliminowały kasjerów, a jedynie zastąpiły ich dotychczasowe zadania gorzej płatną, niestabilną i niewidoczną pracą „moderatorów” w biedniejszych krajach, którzy muszą nadzorować system.
Ekspertka ostrzegła również przed społecznymi konsekwencjami nadmiernego polegania na AI. Według niej, ciągłe korzystanie z narzędzi typu ChatGPT sprawia, że ludzie stają się mniej zdolni do samodzielnego myślenia, co w efekcie prowadzi do deprofesjonalizacji i obniżenia kwalifikacji siły roboczej. To z kolei oznacza niższe płace i tworzenie miejsc pracy, które są „mniej interesujące i bardziej niepewne”.
W swoich publikacjach (m.in. „Wyzyskiwana siła robocza stojąca za sztuczną inteligencją”) dr Miceli zwraca uwagę, że technologia zawsze ma dwie strony. „Te drony używane dla zabawy mają też mroczną stronę… drony zdolne do zabijania ludzi tysiące kilometrów stąd. Przerażająca twarz i rozrywkowa twarz to dwie strony tej samej monety. Jedna służy jako odwrócenie uwagi od drugiej” – podsumowała w wywiadzie.
Dotychczas mroczną stronę AI na naszych łamach prezentowaliśmy bądź to przez pryzmat zużycia zasobów; słodkiej wody (chłodzenie centrów danych), energii (zasilanie), a także poprzez liczne przypadki kiedy AI mająca rozwiązać wiele problemów w istocie stworzyła wiele nowych. Dr Miceli zwraca uwagę na jeszcze jeden, bardzo istotny, praktycznie w mediach przemilczany aspekt: czysto ludzki. Za „dobrobytem” AI stoi obniżenie standardów życia wielu ludzi…
#AI #ChatGPT #DAIRInstitute #DrMilagrosMiceli #etykaAI #felieton #krytykaAI #OpenAI #prekariat #sztucznaInteligencja #wyzysk
Dlaczego Siri z Gemini to niekoniecznie dobra wiadomość dla Polaków? Oto jak to ma działać
Ostatnie doniesienia Bloomberga o tym, że Apple jest o krok od podpisania umowy z Google na zasilenie Siri modelem Gemini, wywołały nad Wisłą falę entuzjazmu. W serca polskich użytkowników Apple wstąpiła nadzieja: „Skoro Gemini tak świetnie mówi po polsku, to jest niemal pewne, że w końcu dostaniemy Siri w naszym języku!”.
Jestem tu, by wylać na te rozgrzane głowy kubeł bardzo zimnej wody. Uważam, że ten sojusz to, paradoksalnie, niemal gwarancja, że na polską Siri poczekamy jeszcze dłużej. Oto dlaczego.
Piekło niespójnego doświadczenia
Moja argumentacja jest prosta i opiera się na jednej rzeczy, którą Apple ceni bardziej niż innowacyjność, pieniądze i (teraz już widać) prywatność: obsesyjną dbałość o spójne doświadczenie użytkownika (UX).
Musimy zrozumieć, że nowa Siri nie będzie po prostu „nakładką” Gemini na iOS czy iPadOS. Nie będzie to również Gemini wbudowany w najgłębsze rdzenie ekosystemu Apple’a, na to gigant z Cupertino nigdy nie pójdzie. Nowa Siri z Gemini będzie rozwiązaniem hybrydowym.
Mózg „cloud” (Gemini): zaawansowany model Gemini, spersonalizowany i wytrenowany na potrzeby Apple, uruchamiany na serwerach Apple Private Cloud Compute, będzie odpowiadał za całą „magię” generatywnej AI: konwersacje, odpowiadanie na złożone pytania, rozumienie kontekstu, pisanie e-maili i streszczanie artykułów.
Mózg „core” (Apple): absolutny rdzeń asystenta – czyli głęboka integracja systemowa – pozostanie w 100% w rękach Apple. Ustawianie timerów, włączanie trybu skupienia, otwieranie aplikacji, sterowanie HomeKit, dodawanie przypomnień. Tego Apple nie odda nikomu.
I tu jest pies pogrzebany. Ten „core” od Apple nie mówi i nie rozumie po polsku.
Wyobraźmy sobie teraz ten „idealny” scenariusz, na który liczą Polacy. Apple włącza polski w Gemini, ale „core” pozostaje po angielsku. Doświadczenie użytkownika wyglądałoby tak:
Użytkownik: „Cześć Siri, opowiedz mi o historii dynastii Jagiellonów”.Siri (głosem Gemini, po polsku): „Oczywiście. Dynastia Jagiellonów panowała w Polsce w latach...” (piękna, płynna odpowiedź).Użytkownik: „Dzięki. A teraz ustaw minutnik na 10 minut”.Siri (głosem Apple Core, po angielsku): „Sorry, I didn't get that. Can you please repeat?”
To jest scenariusz rodem z koszmaru projektanta UX w Cupertino. To jest niespójne, toporne i psuje całą iluzję inteligentnego asystenta. Apple nigdy na to nie pozwoli.
Dlatego, moim zdaniem, stanie się coś odwrotnego. To nie Gemini magicznie nauczy „core” polskiego. To Apple „wytnie” nasz język z Gemini, aby zachować spójność doświadczenia na maksymalnym poziomie. Dopóki Apple samo nie opracuje i nie przetrenuje swojego systemowego „core” w naszym języku (nie zrobili tego przez ponad dekadę, nie zanosi się na zmianę w tej materii), dopóty cała reszta asystenta – nawet jeśli jest „wypożyczona” od Google – pozostanie dla nas niedostępna.
Jak oni w ogóle chcą to uruchomić?
Abstrahując od naszych lokalnych problemów, pozostaje pytanie: jak Apple zamierza uruchomić model o skali 1,2 biliona parametrów dla setek milionów użytkowników Siri, nie topiąc przy tym swoich serwerów i nie bankrutując na kosztach inferencji?
Dla porównania, obecny model Apple Intelligence w chmurze ma mieć „zaledwie” 150 miliardów parametrów. Uruchomienie modelu 1,2 biliona dla każdego zapytania byłoby obliczeniowym koszmarem.
Odpowiedzią jest architektura, którą ten model niemal na pewno wykorzystuje: Mixture of Experts (MoE), czyli „Mieszanka Ekspertów”. Zamiast jednego, gigantycznego „mózgu” (modelu), który musi analizować każde zapytanie w całości, architektura MoE działa jak wyspecjalizowany zespół.
Model o wielkości 1,2 biliona parametrów jest podzielony na dziesiątki mniejszych „ekspertów” (podsieci neuronowych). Każdy jest wyspecjalizowany w czymś innym – jeden w gramatyce, inny w matematyce, kolejny w analizie kontekstu, a jeszcze inny w kodowaniu.
Gdy zadajesz pytanie, trafia ono najpierw do „menedżera” (tzw. sieci bramkującej, z ang. gating network). Menedżer błyskawicznie analizuje Twoje zapytanie i aktywuje tylko tę niewielką grupę ekspertów, która jest najlepsza do udzielenia odpowiedzi. Reszta pozostaje uśpiona.
Zdolność giganta, koszt malucha
Tu leży sedno geniuszu tego rozwiązania. Chociaż całkowita „wiedza” modelu jest gigantyczna (1,2 biliona parametrów), do obsłużenia pojedynczego zapytania aktywowana jest tylko niewielka jej część – na przykład kilkadziesiąt miliardów parametrów (wciąż sporo, ale do udźwignięcia dla takiego potentata jak Apple).
W praktyce Apple otrzymuje zdolności ogromnego modelu AI, ale ponosi koszty obliczeniowe zbliżone do uruchomienia znacznie mniejszego modelu. To właśnie ta architektura sprawia, że umowa z Google jest technicznie i finansowo wykonalna.
Pozwala to Apple „wynająć” super-mózg, uruchomić go na własnej infrastrukturze Private Cloud i kupić sobie czas na rozwój własnych modeli. Niestety, ta techniczna elegancja w żaden sposób nie rozwiązuje naszego polskiego problemu. Rdzeń pozostaje w Cupertino. I nadal milczy.
#AI #Apple #AppleIntelligence #felieton #Gemini #Google #iOS26 #MixtureOfExperts #MoE #Siri #siriPoPolsku #sztucznaInteligencja
Pułapka optymalizacji. Dlaczego Google uważa, że AI niszczy startupy, które myślą tylko o oszczędzaniu?
Założyciele startupów czy menedżerowie wielu firm planujących wdrożenie AI często opowiada zarówno sobie, jak i swoim inwestorom historię o tym, jak AI uczyni ich biznes tańszym, sprawniejszym i bardziej wydajnym. To bezpieczna i pozornie mądra narracja. Jednak według najnowszego raportu Google’a „Future of AI: Perspectives for Startups 2025”, jest to również najszybsza droga do rynkowej porażki. Sztuczna inteligencja nie jest bowiem od oszczędzania pieniędzy. Jest od ich zarabiania.
Większość startupów traktuje dziś AI jak lśniące narzędzie do automatyzacji. Zastąpić kilku pracowników, urwać parę godzin z procesów i nazwać to innowacją. Problem? Konkurencja robi dokładnie to samo. Jak celnie zauważył Levi Altman w swoim eseju na Medium.com, a co w pełni potwierdza raport Google, prawdziwi zwycięzcy ery AI to nie ci, którzy używają jej do cięcia kosztów, ale ci, którzy używają jej do tworzenia zupełnie nowych wartości i źródeł przychodu.
Myślenie wyłącznie o kosztach to prosta droga do porażki
Startupy żyją dzięki wzrostowi i umierają, gdy wzrostu nie ma. Inwestorzy nie finansują historii o cięciu kosztów – finansują historie o wzroście. Prawdziwe pytanie, jakie każdy założyciel startupu powinien sobie zadać, brzmi: jak AI może zwiększyć moje przychody, a nie tylko chronić marżę?
Arvind Jain, CEO firmy Glean, ujął to w raporcie Google wprost: „Postrzegaj AI jako sposób na zwiększenie przychodów i otwieranie nowych możliwości dla innowacji, a nie tylko jako narzędzie do zwiększania wydajności”.
Oszczędności, które generuje AI, nie są celem samym w sobie. Są paliwem, które należy natychmiast reinwestować w rozwój – w inżynierów, którzy zbudują nowe funkcje, i w badania, które odkryją nowe potrzeby klientów.
Co można stworzyć? Konkretne wizje z raportu Google
Raport Google’a jest pełen wizji, które wykraczają daleko poza prostą optymalizację. Apoorva Agrawal z Altimeter Capital przewiduje na przykład nadejście ery multimodalnej AI, która zredukuje naszą zależność od ekranów, pozwalając na bardziej naturalną interakcję z technologią za pomocą głosu i obrazu. To nie jest usprawnienie istniejącego interfejsu – to jego unicestwienie i stworzenie czegoś zupełnie nowego.
Google rewolucjonizuje Chrome dzięki AI. Nadchodzi inteligentny asystent, ale Polacy muszą poczekać
David Friedberg z Ohalo Genetics idzie jeszcze dalej, wskazując biologię jako jedną z branż, która zostanie napisana na nowo. Jego wizja „językowych modeli genomu”, zdolnych do zaprojektowania sekwencji DNA w celu uzyskania pożądanej cechy rośliny lub leku, to doskonały przykład myślenia o AI w kategoriach kreacji, a nie oszczędności. To tworzenie czegoś, co wcześniej było domeną science-fiction.
Kultura, która gra w ataku, a nie w obronie
Aby myśleć w ten sposób, potrzebna jest odpowiednia kultura organizacyjna. Firmy, które traktują AI jak partnera we wzroście, zmiażdżą te, które widzą w niej tylko drogę na skróty. Oznacza to:
Jak zauważa Yoav Shoham, współzałożyciel AI21 Labs, era prostego „wpisz prompt i módl się o wynik” dobiegła końca. Prawdziwa innowacja wymaga budowania złożonych „systemów AI”, które łączą wiele modeli i narzędzi, by dawać niezawodne, unikalne rezultaty.
Dla polskich startupowców i menedżerów to dzwonek alarmowy. Okno na zdobycie przewagi dzięki prostym optymalizacjom właśnie się zamyka. Startupy, które będą grały zachowawczo i będą nastawione głównie na optymalizację kosztów za pomocą AI, zostaną zastąpione przez te, które zagrają odważnie. Bo, jak dosadnie podsumowuje raport Google’a, AI to nie jest narzędzie, którego używasz, by przetrwać. To narzędzie, którego używasz, by zdominować rynek.
Sztuczna inteligencja Gemini usprawni pracę w Comarchu. Firma wdraża Google Workspace
#AI #analiza #biznes #felieton #Google #innowacje #news #optymalizacja #startupy #sztucznaInteligencja #technologia #wzrost
Od prostego streamu do muzycznego imperium. Jak Lofi Girl stała się globalnym fenomenem i wielkim biznesem
Prawie każdy, kto spędza czas na YouTube, kojarzy zapętloną animację dziewczyny w słuchawkach, odrabiającej lekcje przy akompaniamencie spokojnych bitów.
Jednak to, co zaczęło się jako jeden z wielu niszowych streamów, w ciągu ostatniej dekady przekształciło się w prawdziwe imperium medialne. Lofi Girl to dziś nie tylko „muzyka do nauki”, ale prężnie działająca wytwórnia płytowa, agencja marketingowa i marka odzieżowa.
Początki kanału sięgają 2015 roku, kiedy francuski twórca Dimitri Somoguy uruchomił na YouTube stream o nazwie „ChilledCow”. Początkowo w transmisji wykorzystywano zapętloną scenę z filmu anime studia Ghibli. Po problemach z prawami autorskimi w 2017 roku, twórca zlecił stworzenie oryginalnej postaci – tak narodziła się Jade, znana dziś jako Lofi Girl.
Prawdziwy boom popularności nastąpił w czasie pandemii, gdy miliony ludzi na całym świecie szukały w internecie poczucia stabilności i tła do pracy lub nauki zdalnej. Kanał, który w 2018 roku miał 1,6 miliona subskrybentów, dziś ma ich ponad 15 milionów.
Więcej niż tylko radio na YouTube
Sukces streamu pozwolił na rozbudowę marki w wielu kierunkach. Dziś Lofi Girl to firma zatrudniająca około 20 osób i współpracująca z setkami artystów. W jej skład wchodzi wytwórnia Lofi Records, która wydaje muzykę na platformach streamingowych i winylach.
Działa również Lofi Studio – zespół kreatywny odpowiedzialny za współprace z globalnymi markami, tworzący dedykowane animacje i muzykę m.in. dla gier Starfield czy Alien: Isolation. Całość uzupełnia sklep z gadżetami oraz oficjalna obecność w świecie gier, na przykład poprzez dedykowane mapy w Fortnite.
Ewolucja brzmienia i głosy krytyki
Wraz z komercyjnym sukcesem zmienił się również charakter muzyki. Pierwotnie kanał promował lofi hip-hop, gatunek inspirowany twórczością takich artystów jak J Dilla czy Nujabes, charakteryzujący się nostalgią i wyraźną linią perkusyjną.
Dziś brzmienie Lofi Girl jest znacznie bardziej mainstreamowe i zoptymalizowane pod szerokiego odbiorcę. Część artystów z oryginalnej sceny lofi krytykuje tę zmianę, porównując muzykę do „Muzaka” – bezosobowego tła dla kawiarni czy sklepów. Zarzucają marce, że poprzez ścisłe wytyczne dla twórców tłumi kreatywność na rzecz tworzenia łatwo przyswajalnych, ale jednorodnych utworów.
Kompletnie się z tym nie zgadzam, i myślę, że ponad 15,2 mln subskrybentów myśli podobnie. Spokojna muzyka, będąca pozwalającym się skupić tłem do pracy czy nauki to coś czego poszukuje wielu. Zresztą i w samej naszej redakcji nie tylko ja z tego korzystam.
Ponadto mimo tzw. kontrowersji, jak chcieliby twierdzić niektórzy twórcy, dla wielu muzyków współpraca z Lofi Girl stała się trampoliną do kariery, zapewniając ogromną ekspozycję. To, co kiedyś było postrzegane jako niszowe zjawisko, dziś jest potężnym graczem w branży muzycznej, czego dowodem jest podpisanie w 2024 roku umowy wydawniczej z gigantem Warner Music Group. Lofi Girl przestała być tylko internetową towarzyszką pracy i nauki – stała się przedsiębiorstwem, które na nowo zdefiniowało, jak produkuje się, konsumuje i monetyzuje muzykę tła w erze streamingu.
Jeżeli jakimś cudem nie znacie LoFi Girl, to podpowiem, że jest nie tylko na YouTube, ale znajdziecie ją również na Spotify czy Apple Music. Myślę, że na rozpoczynający się niebawem rok akademicki, wielu z was się przyda.
#ChilledCow #felieton #FenomenInternetowy #KulturaInternetowa #LofiGirl #LofiHipHop #MuzykaDoNauki #muzykaDoPracy #streaming #YouTube
🌐 TO bezpieczne miejsce w Internecie?
Czy takie miejsca w ogóle istnieją? Właśnie minęła ważna data, obok której nie mogłem przejść obojętnie. To skłoniło mnie do pewnej refleksji. 🔗 Mam nadzieję, że tamto miejsce okaże się dla Ciebie nie tylko bezpieczne, ale i wartościowe.
#nowyWpis #nowyPost #nowość #new
#news #blog #felieton #wspomnienia
Jest 2025 rok, a ja nie mogę legalnie obejrzeć „Firefly”. Co poszło nie tak?
Wieczór zapowiadał się idealnie. W planach miałam powrót do jednego z tych seriali, które są jak ciepły koc i kubek gorącej herbaty w deszczowy dzień. Wydawało się, że w trzeciej dekadzie XXI wieku dobra cyfrowe są powszechnie dostępne. No cóż, niezupełnie.
Tęsknota za załogą statku Serenity, za cynicznym kapitanem Malcolmem Reynoldsem i jego kosmiczną, niedopasowaną rodziną, osiągnęła masę krytyczną. Włączam więc telewizor, uzbrojona w piloty i subskrypcje do wszystkich możliwych „plusów”, „prajmów”, „maksów” i „netfliksów”. Wpisuję w globalnej wyszukiwarce „Firefly” i… nicość. Pustka. Cyfrowa otchłań.
Sprawdzam każdą usługę z osobna, z rosnącym niedowierzaniem. Nic. Mój portfel jest gotowy, moje intencje są czyste jak łza jednorożca, a ja, potencjalna uczciwa klientka, nie mogę dać zarobić korporacji. Chcę zapłacić za obejrzenie jednego z najbardziej kultowych seriali science fiction w historii, a branża rozrywkowa mówi mi: „Nie, dziękuję, nie jesteśmy zainteresowani twoimi pieniędzmi”. To absurd tak wielki, że sam mógłby stanowić fabułę jednego z odcinków.
Myślicie, że to jednostkowy przypadek? Gdzie tam. Zachęcona porażką (niepowodzenia też motywują), postanawiam sprawdzić inny tytuł – The Expanse. I owszem, na Prime Video dumnie prężą się ostatnie sezony, te wyprodukowane za pieniądze Jeffa Bezosa. Ale gdzie są pierwsze trzy, które wprowadzały w ten genialnie skonstruowany świat? Wyparowały. Zapadły się w tę samą czarną dziurę, która pożarła załogę Serenity. Chcesz zacząć serial od początku? Powodzenia. Może za pół roku prawa wrócą. A może nie.
Problem ten nie dotyczy niszowych, zapomnianych produkcji. On dotyka legend, ikonicznych seriali, mających oddane rzesze fanów. Chcesz sobie przypomnieć polityczne intrygi w Babylon 5? Zapomnij. Żyjemy w rzekomym złotym wieku streamingu, w którym za miesięczną opłatę mamy dostęp do niemal nieskończonej biblioteki treści. Tyle teorii. W praktyce ta biblioteka przypomina szwajcarski ser – jest pełna dziur, a w tych dziurach znikają często pozycje najbardziej pożądane przez wiernych fanów.
Myślicie, że to problem tylko geeków od science fiction? Błąd. Załamana brakiem dostępu do ulubionych seriali SF, postanowiłam poszukać pocieszenia w skrajnie innym gatunku, sięgając po definicję ponadczasowej komedii – „Latający Cyrk Monty Pythona”. I wiecie co? Okazało się, że największym absurdem wcale nie jest Ministerstwo Głupich Kroków, ale sytuacja, w której nawet za pieniądze nie mogę go legalnie obejrzeć. Wygląda na to, że prawa do streamingu skeczu o martwej papudze są równie martwe, jak sama papuga. I tak, wiem, że wiele skeczów słynnych Brytyjczyków można obejrzeć na YouTube, tyle, że tam nie mamy wpływu na jakość a wiele „wrzutek” wygląda, jakby kręcono je pralką.
I tu dochodzimy do smutnej konkluzji, o której szefowie w lśniących biurowcach zdają się zapominać. Kiedy zamykacie przed nami drzwi, jednocześnie uchylacie okno z widokiem na zatokę z pirackim statkiem. Nie popieram piractwa, na litość boską, ja go nawet nie chcę! Chcę być legalną konsumentką. Jednak w sytuacji, gdy jedyną alternatywą dla obejrzenia ukochanego serialu jest rejs pod czarną banderą, niejedna fanka westchnie ciężko i zapyta: „Co mam zrobić?”.
Władcy streamingu mają odpowiedź na wyżej postawione pytanie, proponują bardzo wiele treści, więc gdy nie ma akurat twojej ulubionej, wybierz sobie coś innego. Wielu tej argumentacji ulega. A tym, którzy jak ja uprą się na jakiś tytuł, pozostaje kupić książkę. Tam przynajmniej nikt nie zabierze mi dostępu do ulubionych rozdziałów, bo właśnie wygasła mu licencja na alfabet.
#AmazonPrimeVideo #AppleTV_ #cyfrowaKultura #Disney #felieton #Netflix #seriale #SF #SkyShowtime #streaming
👉 https://marcinkaminski.pl/polska-za-murem-strachu/
Często słyszę, że Polacy są gościnni. Że jak już kogoś zaprosimy do domu, to nakarmimy, napoimy, położymy spać. Ale czy ta gościnność nie jest przypadkiem na pokaz? Czy nie jest tak, że lubimy być mili tylko dla tych, którzy nie różnią się od nas zbyt bardzo? Gdy pojawia się ktoś, kto nie mówi po polsku, kto wygląda inaczej, nagle nasza otwartość znika. Zastępuje ją podejrzliwość, chłód, czasem wręcz turboprawicowa wrogość.
#felieton
Felietony:
»AI i Grenlandia«
To chyba jest tak, że dzisiaj opowieści o świecie muszą być zgodne nie z faktami, ale z emocjami odbiorcy. Tak chyba kombinują publicyści. Jakiekolwiek wydarzenie polityczne - mało kogo interesują konsekwencje, poza ewentualnymi wyborczymi. Czy nie dojdzie np. do gospodarczej katastrofy, albo do konfliktu z sąsiednimi państwami, to w najlepszym razie drobny problem.
https://www.fahrenheit.net.pl/publicystyka/felietony/ai-i-grenlandia/
💡 Ostatnio, kiedy zatrzymałem się w hotelu, zwróciłem uwagę na coś, co wcześniej kompletnie mi umykało. Światło w łazience. Było przyjemnie żółte, ciepłe, takie… domowe. Zastanowiło mnie to, bo przecież w domu mam w łazience chłodne, białe światło, które daje ostre odbicie w lustrze. W hotelu? Zupełnie inna bajka. Zacząłem się nad tym trochę głębiej zastanawiać.
#felieton
https://marcinkaminski.pl/swiatlo-w-hotelu/